O książce pod tytułem Zanim się pojawiłeś autorstwa Jojo Moyes dziennik Independent on sunday pisał „Tę lekturę przyjaciółki powinny przekazywać sobie nawzajem. Lou i Will to niezwykła para, która trafi do serc czytelników tak jak Emma i Dex z „Jednego dnia”. Powieść, której warto poświęcić popołudnie na kanapie z garścią chusteczek.”

Pani Traynor milczała przez sekundę, po czym spojrzała znów do swojej teczki.
– Ile ma pani lat?
– Dwadzieścia sześć.
– I w poprzednim miejscu pracy pracowała pani sześć lat.
– Tak. Z pewnością ma pani kopię moich referencji.
– Hm… – Pani Traynor podniosła kartkę i zmrużyła oczy. – Pani poprzedni pracodawca twierdzi, że jest pani „serdeczną, rozmowną i ożywiającą atmosferę osobą”.
– Tak, zapłaciłam mu za to.
Znów ta pokerowa mina.
„Cholera” – pomyślałam.
Czułam się, jakby mnie ktoś prześwietlał. Z niekoniecznie dobrym rezultatem. Spódnica pożyczona od mamy nagle wyglądała tandetnie, syntetyczna tkanina błyszczała w słabym świetle. Powinnam była włożyć najzwyklejsze spodnie i bluzkę. Cokolwiek, byle nie tę garsonkę.
– Dlaczego więc zrezygnowała pani z tamtej pracy, gdzie tak panią doceniano?
– Frank – właściciel – sprzedał tę kawiarnię. To jest ta u stóp zamku. The Buttered Bun. Była – poprawiłam się. – Bardzo bym się cieszyła, gdybym mogła dalej tam pracować.
Pani Traynor skinęła głową, albo dlatego, że nie miała już nic więcej do powiedzenia na ten temat, a może dlatego, że ona także cieszyłaby się, gdybym tam została.
– A co konkretnie chce pani zrobić ze swoim życiem?
– Słucham?
– Czy ma pani jakieś ambicje zawodowe? Czy to będzie krok do jakiegoś następnego etapu? Czy ma pani marzenia, które chciałaby pani zrealizować?
Patrzyłam na nią tępo, zastanawiając się, czy to jakiś podstęp.
– Ja… właściwie na razie o tym nie myślałam. Od kiedy straciłam pracę. Ja tylko… – przełknęłam ślinę. – Chciałam znów pracować.
Marnie to brzmiało. Kto przychodzi na rozmowę o pracy, nie wiedząc nawet, co chciałby robić? Mina pani Traynor świadczyła, że myśli dokładnie to samo.
Odłożyła długopis.
– Więc, panno Clark, dlaczego miałabym zatrudnić panią zamiast na przykład poprzedniej kandydatki, która ma wieloletnie doświadczenie w pracy z ludźmi z tetraplegią?
Spojrzałam na nią.
– Hm… szczerze? Nie mam pojęcia. – Milczała, więc dodałam: –
Myślę, że wszystko zależy od pani decyzji.
– Nie potrafi mi pani podać ani jednego powodu, dla którego miałabym panią zatrudnić?
Nagle zobaczyłam przed oczami twarz mojej mamy. Myśl o tym, że wrócę do domu w zniszczonej garsonce, po kolejnej nieudanej rozmowie kwalifikacyjnej, była nie do zniesienia. Poza tym płacili tutaj więcej niż sześć funtów za godzinę.
Wyprostowałam się nieco.
– No… szybko się uczę, nigdy nie choruję, blisko mieszkam i jestem silniejsza, niż wyglądam… Pewnie mogłabym pomagać dźwigać pani męża.
– Mojego męża? Nie pracowałaby pani z moim mężem. To mój syn.
– Pani syn? – zamrugałam. – Yyy… Nie boję się ciężkiej pracy.
Dobrze sobie radzę z bardzo różnymi ludźmi i… potrafię robić przyzwoitą herbatę. – Czułam, że zaczynam bełkotać, więc zamilkłam. Myśl, że to jej syn, powaliła mnie. – To znaczy mój tata chyba uważa, że to nie jest jakaś wielka umiejętność. Ale z mojego doświadczenia wiem, że niewiele jest takich rzeczy, na które nie pomogłaby filiżanka dobrej herbaty…
Pani Traynor patrzyła na mnie trochę dziwnie.
– Przepraszam – wykrztusiłam, gdy zdałam sobie sprawę, co powiedziałam.
– Nie mam na myśli tego, że tetra… paraliż… pani syna… można wyleczyć filiżanką herbaty.
– Myślę, że powinna pani wiedzieć, panno Clark, że to nie jest umowa na czas nieokreślony. Najwyżej na pół roku. Dlatego właśnie wynagrodzenie jest… współmierne. Chcemy przyciągnąć właściwą osobę.
– Proszę mi wierzyć, kiedy ktoś pracował na zmiany w zakładzie przetwórstwa drobiu, nawet praca w obozie Guantanamo wydaje się atrakcyjna. – „Zamknij się, Louisa”. Przygryzłam wargę.
Ale pani Traynor jakby nie zwróciła uwagi na moje słowa. Zamknęła teczkę.
– Mój syn Will prawie dwa lata temu został ranny w wypadku. Wymaga całodobowej opieki, którą zapewnia w większości fachowy pielęgniarz. Ja niedawno wróciłam do pracy, a od opiekuna oczekujemy, by był tu przez cały dzień, by dotrzymywał mu towarzystwa, pomagał przy jedzeniu i piciu, ogólnie służył pomocą i dbał o to, by nie stało mu się nic złego. – Camilla Traynor spuściła głowę. – To bardzo ważne, żeby Will miał przy sobie kogoś, kto rozumie tę odpowiedzialność. Wszystko, co mówiła, nawet to, jak podkreślała poszczególne słowa, wydawało się dawać mi do zrozumienia, jaka jestem głupia.
– Rozumiem. – Wzięłam torebkę.
– Więc przyjęłaby pani to stanowisko?
To było tak niespodziewane, że w pierwszej chwili myślałam, że się przesłyszałam.
– Słucham?
– Chcielibyśmy, żeby zaczęła pani tak szybko, jak tylko się da. Honorarium będziemy wypłacać raz w tygodniu.
Na chwilę mnie zatkało.
– Chce mnie pani zatrudnić zamiast… – zaczęłam.
– Praca trwa długo – od ósmej do piątej, czasem dłużej. Nie ma przerwy na lunch, chociaż kiedy Nathan, pielęgniarz, który zajmuje się nim w ciągu dnia, przychodzi około południa, będzie miała pani wolne jakieś pół godziny.
– Czy nie będą państwo wymagać jakichś zabiegów… medycznych?
– Will ma zapewnioną wszelką opiekę medyczną. Chcemy, żeby był przy nim ktoś silny i optymistyczny. Jego życie jest… skomplikowane, i to ważne, by ktoś dodawał mu otuchy, by… – urwała, wpatrując się w coś za wysokim oknem. Wreszcie znów odwróciła się do mnie. – Powiedzmy, że jego dobry stan psychiczny jest równie ważny jak fizyczny. Rozumie pani?
– Chyba tak. Czy będę musiała… nosić fartuch?
– Nie. Stanowczo żadnego fartucha. – Zerknęła na moje nogi. – Chociaż mogłaby pani włożyć coś mniej… eksponującego.
Zerknęłam w dół. Żakiet przesunął się, odsłaniając hojnie spory kawałek gołego uda.
– Przepraszam. Spódnica mi się rozdarła. Właściwie jest pożyczona.
Ale pani Traynor chyba już mnie nie słuchała.
– Wyjaśnię pani, co trzeba robić, kiedy pani zacznie. Will nie jest teraz łatwy w kontaktach, panno Clark. W tej pracy chodzi w równej mierze o nastawienie psychiczne, co o umiejętności zawodowe. Zatem widzimy się jutro?
– Jutro? Nie chce pani… nie chciałaby pani, żebym go poznała?
– Will ma dziś kiepski dzień. Myślę, że lepiej, jeśli odłożymy to na później.
Wstałam, widząc, że pani Traynor jest już gotowa odprowadzić mnie do drzwi.
– Tak – powiedziałam, owijając się żakietem mamy. – Eee… Dziękuję. Do zobaczenia jutro o ósmej…