W tym tygodniu prezentujemy fragment książki pt. „Królowa”, autorstwa Elżbiety Cherezińskiej. To gratka dla wielbicieli początków historii państwa polskiego, których szczególnie zapraszamy do wypożyczania. Swoją opowieść autorka dedykuje „wszystkim bezimiennym, zapomnianym księżniczkom piastowskim. Mniszkom, żonom, matkom, władczyniom, o których historia milczy. Dziewczynom oznaczonym w biogramach dynastii smutnym NN”.

BOLESŁAW nie zabawił w Bodzi długo. Rozbił jednego wroga, czekał na niego drugi. Nazajutrz po uczcie w Złotym Grodzie szybkim marszem ruszył nad Odrę. Tym razem Henryk ruszał na wojnę z obozu pod Magdeburgiem.

– Są z nim Lucice i Udalryk, książę Pragi – zameldowali zwiadowcy.

– Udalryk… znowu Udalryk… – Bolesław pokręcił głową i zwrócił się do syna: – Mieszko, pojedziesz z tysiącem pancernych i uderzysz na Czechy, by pokazać Udalrykowi, że za każdym razem, gdy będzie wspierał w wojnie przeciw nam cesarza, oberwie. Ty, Zaradzie, idź na Morawy i poprowadź Morawian na Bawarów. To osłabi ich zapał wojenny.

– Tak jest! – podjęli rozkazy i po chwili w obozie uniósł się pył za hufcami, które wyszły pod jego komendą.

Bolesław zaś przyjął główne uderzenie Henryka pod Głogowem. Mógł wciągać wojska cesarskie w zasadzki na mokradłach wokół Odry albo na Wzgórzach Dalkowskich, ale nie chciał. Pragnął starcia wprost. Wojska stanęły naprzeciw siebie na obszernej równinie.

– Sucho i twardo – zameldował mu o świcie Wilkomir. – Letnie upały wysuszyły ziemię.

– To dobrze. – Poklepał druha po plecach. – Koniom lżej.

Siedział teraz na grzbiecie Czerwonego; ogier parskał raźno i wstrząsał łbem. Bolesław patrzył, jak hufce Henryka ustawiają się w szyku. Widział cesarską chorągiew, ale nie był naiwny, wiedział, że cesarz nie stanie do walki.

– Aż żal – powiedział do Bjornara. – Chciałoby się skończyć tę wojnę na pojedynku, co?

Druh się roześmiał.

– Mój książę marzyciel.

– Ile życia, tyle marzeń. – Bolesław westchnął i przeciągnął się. – Jak sądzisz? Już skończyli? Gotowi? Nie chcę, by potem w Magdeburgu gadali, że uderzyłem na nieprzygotowane wojska.

– A od kiedy to mój książę przejmuje się tym, co o nim gadają?

– Masz rację. – Bolesław wzruszył ramionami. – Nie będziemy tu stać i prażyć się w lipcowym słońcu.

Uniósł się w strzemionach i zawołał, wyciągając miecz:

– Z Bogiem w bój!

– Z Bogiem w bój! – odpowiedziało mu tysiąc głosów. – Za księciem po zwycięstwo!

Za jego plecami potężny Kalmir rozwinął chorągiew z piastowskim orłem, a przed szereg wyjechał Myślibor z włócznią świętego Maurycego. Pochylił jej starodawne ostrze. Książę ucałował żelazo kryjące relikwię Krzyża Świętego.

– Lecimy! – zawołał Bolesław, słysząc, jak jedwab łopocze na wietrze, i ruszył, rozpędzając Czerwonego.

Zobaczył chorążych cesarza wyjeżdżających z drugą świętą włócznią.

Bóg rozsądzi – pomyślał i nie bał się.

Wilkomirowi pozwolił prowadzić pierwsze starcie. Jego stary druh wiódł pancernych równym szeregiem. Łeb w łeb, tarcza w tarczę. Konie nabierały tempa. Kochał dźwięk ich ciężkich kopyt. Kochał świst kościanych piszczałek, którymi płoszyli wierzchowce wrogów. Kiedyś kochał wojnę i Emnildę. Dzisiaj została mu tylko wojna.

– Tarcze! – krzyknął Wilkomir i pierwszy szereg ruchem równym jak jeden mąż przełożył tarcze z pleców na ramię.

Wilkomir mierzył odległość. Sto kroków. Sześćdziesiąt.

– Oszczepy! – krzyknął i poleciał las ostrzy.

Trafione konie nieprzyjaciół zakwiczały dziko i padły, ciągnąc za sobą jeźdźców. W każdej bitwie ćwiczyli trudną sztukę wymijania wierzgających, przewróconych koni. Zręcznie wbili się w przerzedzony pierwszy szereg. Bolesław uniósł miecz i przysunął tarczę do brody.

Dobrze, że nie ma tu Hermana – przemknęło mu przez myśl, gdy zwierał się z krępym i silnym Sasem. – Nie chciałbym mej córki owdowić, choć jej mąż to kiep.

Odparował cios tarczą i natychmiast ciął mieczem z góry, przez bark. Sas runął z siodła pod kopyta własnego konia.

Bolesław się okręcił. Wyłowił wysokiego, ciemnookiego mężczyznę, którego widział kiedyś przy Henryku.

– Grafie! – zawołał. – Walcz!

Ten pochylił się w siodle i ruszył na niego. Bolesław trzymał miecz blisko siebie, czekając, aż graf wyciągnie ramię i się odsłoni. W tej samej chwili usłyszał tuż za sobą końskie rżenie. Ktoś jest za blisko mnie – przemknęło mu przez głowę. – Za plecami.

Skierował Czerwonego w bok, nie chcąc tracić czasu na oglądanie się, i zajechał grafa z prawej. Skrzyżowali ostrza. Bolesław widział, że przeciwnik patrzy za niego.

Kto tam jest? Dostanę sztych w plecy?

Nie miał chwili do stracenia. Zacisnął uda na bokach Czerwonego i mocnym wyrzutem ramienia sięgnął grafa. Ostrze trafiło go w podbródek, ale Sas nie zachwiał się w siodle. Szybko odparował cios, Bolesław zasłonił się tarczą i odwrócił wraz z koniem. Stanął twarzą w twarz z jasnookim młodzieńcem, który celował w jego głowę wąskim, lśniącym ostrzem topora.

Psiakrew – przemknęła mu jasna i prosta myśl – ma przewagę odległości. Sięgnie mnie.

W tej samej chwili koń grafa natarł na niego od tyłu.

Jestem w kleszczach – uświadomił sobie. – Zginę z mieczem w dłoni.

Czerwony wierzgnął, odsadzając na chwilę grafa z jego pleców. Jasnooki prowadził uderzenie wprost na jego twarz. I w jednej chwili, która wydała się Bolesławowi wiecznością, młodzian się wyprostował i zamarł w bezruchu. Jego dłoń na stylisku się rozwarła, a ostrze topora runęło na ziemię przed Czerwonym. Za plecami jasnookiego stał Wilkomir i wciąż trzymał drzewiec oszczepu wbity w plecy młodzieńca.

– Ocaliłeś mi życie! – wrzasnął do niego Bolesław i w tym samym czasie zdziwił się, dlaczego Wilkomir jest pieszy.

– Za plecami! – krzyknął do niego druh, puszczając trupa i wyszarpując z pochwy miecz.

Bolesław się odwrócił. Raniony wcześniej graf znów nacierał, strasząc płynącą mu z zębów i brody krwią. Skrzyżowali ostrza, odepchnął go i wyprowadził sztych w szyję. Tamten jęknął krótko i padł. Książę poczuł, że oczy zalewa mu pot. I w tej samej chwili usłyszał krzyk Wilkomira. Zawrócił Czerwonego. Szukał druha. Jest!

Klęczał, przytrzymując ramię niemal odcięte toporem od tułowia. Wył jak wilk.

Bolesław jednym spojrzeniem ogarnął pustoszejące pobojowisko i zeskoczył z konia. Potknął się o zwłoki jasnookiego młodzieńca z oszczepem Wilkomira w plecach.

– Bracie! – krzyknął dopadając do niego. – Bracie! Ocaliłeś mi życie, by umrzeć?

– Wojowie giną za króla – wycharczał Wilkomir.

Bolesław podał mu leżący przy kolanach miecz.

– Chwyć go! – rozkazał. – Ja przytrzymam twoje ramię.

Z twarzy Wilkomira odpłynęła niemal cała krew. Zacisnął palce lewej dłoni na rękojeści miecza. Bolesław z całych sił przyciskał jego prawe ramię do tułowia. Posoka wypływała z rany pulsującym rytmem. Patrzyli sobie w oczy.

– Przyszła po mnie śmierć – wyszeptał Wilkomir i jego wzrok się zmącił. – Na grzbiecie Thorhalli jedzie…

– Nie! – wrzasnął Bolesław, nie godząc się z jego odejściem. – Wracaj, już! Słuchaj rozkazów!

Potrząsnął martwym ciałem Wilkomira. Puścił go. Prawica odpadła od tułowia. Dłonie Bolesława były pełne krwi. Uniósł je i sam zawył za Wilkomirem jak wilk.

– Zwycięstwo! – krzyczał Bjornar. – Zwycięstwo! Niedobitki uciekają z pola! Ledwie garstka! – Głos uwiązł mu w gardle, gdy zobaczył klęczących.

Wyprawili mu pogrzeb w Głogowie. Na cześć poległego towarzysza broni i ku pamięci wszystkich, którzy tego dnia zostali na polu bitwy, zagrały rogi. Po tym pierwszym, piorunującym starciu wojska Henryka się wycofały. Bolesław umocnił Wrocław i Głogów, ale cesarz już nie chciał otwartej potyczki. Wkrótce zwiadowcy przynieśli wiadomość: hufce Henryka idą nie na Polanię, ale na południe.

– To może być znak, że Mieszko już spustoszył Czechy. – przypuszczał Bolesław. – I Udalryk ciągnie na południe, by pomóc swoim. Albo Zarad dobrał się do skóry jego bawarskim sojusznikom i śmigają im na ratunek?

Połączonym siłom cesarsko-wieleckim stanęła na drodze Niemcza, a jej obrońcy, widząc nacierających na wały pogan, nad każdą z wielkich bram wywiesili ogromy, zbity z prostych desek krzyż.

Oto odwrócony porządek świata – pomyślał Bolesław, gdy do jego obozu pod Głogowem przybyli posłańcy. – Cesarz, który powinien być pierwszym stróżem chrześcijaństwa na ziemi, atakuje z pogańskim wojskiem Niemczę broniącą się pod znakiem krzyża.

Oblegali ją niemal trzy tygodnie bez skutku. Niemcza została niezwyciężona i niezdobyta. Mieszko z Czech przyjechał tryumfalnie, z tłumem jeńców. Cesarz i jego wojska zawróciły w popłochu, gubiąc tabory, porzucając maruderów i rannych. Bolesław nie odpuścił. Dał rozkaz pościgu za uciekającymi wrogami. Bjornar, wściekły po śmierci Wilkomira, poprowadził wypad aż do rzeki Muldy. Wracając, i on zagarnął ponad tysiąc jeńców.

– Koszty wojny zwrócą się trochę ze sprzedaży, a trochę z wykupów – oznajmił księciu, przeliczając ich.

Bolesław chwycił go za ramiona i zakręcił nim jak piórkiem.

– Bjornar, druhu! Pobiliśmy cesarza! Rozumiesz? Cały jego sojusz! Bawarsko-czesko-lucicki! Ha! Pobiliśmy ich! Wojna wygrana! A o skarby się nie bój.

– Wiem, wiem. Książę Bolesław docenia swych wojów. Żołd zawsze na czas.

– Żołd żołdem, Bjornarze, ale teraz, gdy pokonaliśmy Henryka, gdy jego wojsko długo się po tej wojnie nie podniesie, my ruszymy zapełnić skarbiec.

– Dokąd? Czy zdążę rozsiodłać konia, czy lepiej nie próbować?

– Zdążysz, zdążysz. Dam wam chwilę odpocząć. A potem ruszamy na Kijów. Na najbogatsze z miast w tej części świata.

– A jeśli kniaź Jarosław nie trzyma Sławki w Kijowie? – Bjornar spojrzał na niego spod oka.

– To najpierw zdobędziemy Kijów, a potem odbijemy moją córkę.

– Tak właśnie myślałem. Najpierw… łupy. Dla wojska.

Bolesław się odwrócił. Nie chciał, by przyjaciel, z którym jest od dzieciństwa, który zna go lepiej niż ktokolwiek, patrzył na niego teraz. Bał się, że ma na twarzy wypisane, co myśli. Nie, nie co myśli, co czuje. A on, odkąd wpadł na myśl, że sposobem na wydostanie Sławy z rąk Jarosława jest małżeństwo z jego siostrą, o niczym innym nie myślał. Po śmierci Emnildy żadnej kobiety nie pragnął jak tej raz w życiu widzianej dziewczyny. Modrookiej w sukniach o barwie paproci i mchów. Ona znaczyła dla niego Kijów. Pożądał jej jak bajecznie bogatej stolicy Wschodu.

Fot. Ze strony www.cherezinska.pl